• Wpisów:405
  • Średnio co: 8 dni
  • Ostatni wpis:142 dni temu
  • Licznik odwiedzin:121 496 / 3432 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Przepraszam że nie pisałam. Dwa tygodnie miałam wyjęte z życia, prawie 40 stopni gorączki… Mam nadzieję, że zakończenie historii dziś (choć może wydawać się przydługo) sprawi, że zapomnicie o przydługim czasie oczekiwania na notkę…

KONIEC CZERWCA.
Projekt oddałam dwa dni przed czasem. Nie pytajcie jakim cudem – sama nie wiem. Ostatnie dni przechodziłam w trybie zombie ale chyba się opłacało, bo Redzia mnie bardzo chwaliła, tak samo jak pani szefowa na zebraniu, aż się zdziwiłam gdy poprosiła żebym wstała i dziękowała za sumienną czasową pracę. Czułam się nieco pewniej, może dlatego że starałam się być 150% bardziej produktywna? Jeśli myślałam, że to wystarczy, żeby utrzymać pracę – o słodka naiwności…
Za radą mamy złożyłam CV. Tak, do pracy, w której wciąż pracowałam. Tak, o pracę na swoim stanowisku. Uznałam, że skoro oni nie potrafią tego rozegrać choćby tydzień wcześniej, żeby poinformować „nie ma pracy, sama wiesz Ada jak jest, rozglądaj się za czymś nowym” czy cokolwiek w tym stylu, to ja im nie podaruję. Jakoś odpowiedzieć muszą prawda? Albo w tą albo w drugą stronę…
Nadszedł w końcu ten czas – krótki bo krótki, ale wytęskniony dwudniowy urlopik. Chciałam się zregenerować po tym zleceniu, więc wzięłam piątek i poniedziałek, żeby zahaczyć o weekend i mieć chwilę dla siebie. Gdy we wtorek przyszłam do pracy, Anka wyraźnie mnie unikała. Miałam wrażenie (oczywiście prawdziwe) że coś wie, chociaż tłumaczyła się, że ją głowa boli i w ogóle chyba będzie chora. Redzi nie widziałam w ogóle, chociaż zwykle w ciągu dnia pracy wpadała chociaż raz, zapytać jak praca. Szefowej podobnież nie było, dlatego każdy chodził „jak chciał”, a i upały dawały wszystkim we znaki. Nie wszędzie była jeszcze zamontowana klima, dlatego kto mógł, chłodził się w sąsiednich pokojach – tych już wyremontowanych. Zaczynałam mieć powoli dość tego dnia – był wtorek, a ja już czułam, że tu nie wytrzymam, dlatego zamiast na lunch, wyszłam do parku. Były tam rozstawione dwie przyczepy – jedna z hot dogami a druga z lodami, więc stwierdziłam, że wezmę hot doga zamiast obiadu i zjem na świeżym powietrzu. Wiedziałam, że z moją robotą jest krucho; od ponad tygodnia rozsyłałam już CV. Teraz też siedziałam na popularnym portalu z ogłoszeniami lokalnymi i szperałam w sekcji „praca”. Nie cieszyło mnie to, widziałam się w tej pracy. Może nie była jakoś szczególnie rozwojowa, ale za to była to fajna, naprawdę dobra i pewna praca, premie i całkiem niezła umowa…
Do końca umowy zostały mi trzy dni. Przepracowałam je w miarę spokojnie, choć o podpisaniu nowej umowy myślałam praktycznie cały czas widząc, że ta opcja oddala się ode mnie z każdą minutą. Nawet Adelka zaczepiła mnie w czwartek, żeby się nie przejmować, bo oni bardzo często podpisują umowy ostatniego dnia, tuż przed upłynięciem czasu. Nie powiem, akurat po niej nie spodziewałam się słów pocieszenia, ale trochę podniosła mnie na duchu. Regina w ogóle za to nie podejmowała tematu i po tym już mogłam stwierdzić, że jutro będę się pakować. Wychodząc z pracy w czwartek, niosłam już siatkę z butami na zmianę, kilkoma pudełkami herbat, talerzykiem oraz drobiazgami typu okulary, które leżały w szufladzie na wszelki wypadek.
W piątek od rana nie było dobrze. Wiedziałam, że odchodzę, więc wcale nie miałam ochoty tam iść. Jednak musiałam, prawda? Więc cóż, zebrałam się, poszłam i… z samego rana dostałam wezwanie do pana dyrektora. Może inaczej – kiedyś pisałam Wam o hierarchii u mnie w pracy, więc dyrektor to jest osoba, która jest najwyżej u nas. Wyżej to tylko Pan Bóg, jak to mówiła Adelka. Dyrektor z aktorskim uśmiechem podziękował mi za współpracę „bardzo ubolewając”, że niestety obecnie brak jest możliwości przedłużenia mojej umowy. Również wdzięcznie podziękowałam i poprosiłam o referencje. Na to stwierdzenie pan dyrektor powiedział, że oni takich praktyk nie uwzględniają. Na to ja, że oni owszem, nie, ale firma do której idę na rozmowę bardzo chętnie takowe przeczyta, szczególnie po ostatnim projekcie, który zrobiłam sama, przed czasem i będąc praktycznie na wypowiedzeniu. Dyrektor miał nieco zagadkową minę, ale referencje obiecał przysłać wraz ze świadectwem pracy.
I tak oto, moi drodzy, stałam się osobą bezrobotną… Ale tylko na niecały miesiąc Ale o tym już w kolejnej notce.
  • awatar Blonde Angel: @megi94: tak Meg, już jest dużo lepiej. Dziękuję że pytasz. ale dwa tygodnie to byłam prawie nieprzytomna. a pracę... no cóż. lubiłam ją bardzo ale nie podobał mi się sposób, w taki zwalniają ludzi. miesiąc wcześniej, no choćby 2tyg. informacja "przykro nam nie przedłużymy umowy" i naprawdę byłoby spoko, każdy wie jak z pracą jest. a tak... niesmak pozostał.
  • awatar megi94: Wykurowałaś się już? Ja też ostatnie 2 tygodnie z zapaleniem zatok w łóżku przeleżałam, sezon na choróbska w pełni:) A co do nich to nie lubię takich sytuacji, wszystko rozumiem: cięcia, oszczędności, zwolnienia, ale chociaż mieliby na tyle cywilnej odwagi, żeby człowieka powiadomić o tym odpowiednio wcześniej, żeby wiedział na czym stoi, a nie takie gierki;/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Przepraszam że nie pisałam. Dwa tygodnie miałam wyjęte z życia, prawie 40 stopni gorączki… Mam nadzieję, że zakończenie historii dziś (choć może wydawać się przydługo) sprawi, że zapomnicie o przydługim czasie oczekiwania na notkę…

KONIEC CZERWCA.
Projekt oddałam dwa dni przed czasem. Nie pytajcie jakim cudem – sama nie wiem. Ostatnie dni przechodziłam w trybie zombie ale chyba się opłacało, bo Redzia mnie bardzo chwaliła, tak samo jak pani szefowa na zebraniu, aż się zdziwiłam gdy poprosiła żebym wstała i dziękowała za sumienną czasową pracę. Czułam się nieco pewniej, może dlatego że starałam się być 150% bardziej produktywna? Jeśli myślałam, że to wystarczy, żeby utrzymać pracę – o słodka naiwności…
Za radą mamy złożyłam CV. Tak, do pracy, w której wciąż pracowałam. Tak, o pracę na swoim stanowisku. Uznałam, że skoro oni nie potrafią tego rozegrać choćby tydzień wcześniej, żeby poinformować „nie ma pracy, sama wiesz Ada jak jest, rozglądaj się za czymś nowym” czy cokolwiek w tym stylu, to ja im nie podaruję. Jakoś odpowiedzieć muszą prawda? Albo w tą albo w drugą stronę…
Nadszedł w końcu ten czas – krótki bo krótki, ale wytęskniony dwudniowy urlopik. Chciałam się zregenerować po tym zleceniu, więc wzięłam piątek i poniedziałek, żeby zahaczyć o weekend i mieć chwilę dla siebie. Gdy we wtorek przyszłam do pracy, Anka wyraźnie mnie unikała. Miałam wrażenie (oczywiście prawdziwe) że coś wie, chociaż tłumaczyła się, że ją głowa boli i w ogóle chyba będzie chora. Redzi nie widziałam w ogóle, chociaż zwykle w ciągu dnia pracy wpadała chociaż raz, zapytać jak praca. Szefowej podobnież nie było, dlatego każdy chodził „jak chciał”, a i upały dawały wszystkim we znaki. Nie wszędzie była jeszcze zamontowana klima, dlatego kto mógł, chłodził się w sąsiednich pokojach – tych już wyremontowanych. Zaczynałam mieć powoli dość tego dnia – był wtorek, a ja już czułam, że tu nie wytrzymam, dlatego zamiast na lunch, wyszłam do parku. Były tam rozstawione dwie przyczepy – jedna z hot dogami a druga z lodami, więc stwierdziłam, że wezmę hot doga zamiast obiadu i zjem na świeżym powietrzu. Wiedziałam, że z moją robotą jest krucho; od ponad tygodnia rozsyłałam już CV. Teraz też siedziałam na popularnym portalu z ogłoszeniami lokalnymi i szperałam w sekcji „praca”. Nie cieszyło mnie to, widziałam się w tej pracy. Może nie była jakoś szczególnie rozwojowa, ale za to była to fajna, naprawdę dobra i pewna praca, premie i całkiem niezła umowa…
Do końca umowy zostały mi trzy dni. Przepracowałam je w miarę spokojnie, choć o podpisaniu nowej umowy myślałam praktycznie cały czas widząc, że ta opcja oddala się ode mnie z każdą minutą. Nawet Adelka zaczepiła mnie w czwartek, żeby się nie przejmować, bo oni bardzo często podpisują umowy ostatniego dnia, tuż przed upłynięciem czasu. Nie powiem, akurat po niej nie spodziewałam się słów pocieszenia, ale trochę podniosła mnie na duchu. Regina w ogóle za to nie podejmowała tematu i po tym już mogłam stwierdzić, że jutro będę się pakować. Wychodząc z pracy w czwartek, niosłam już siatkę z butami na zmianę, kilkoma pudełkami herbat, talerzykiem oraz drobiazgami typu okulary, które leżały w szufladzie na wszelki wypadek.
W piątek od rana nie było dobrze. Wiedziałam, że odchodzę, więc wcale nie miałam ochoty tam iść. Jednak musiałam, prawda? Więc cóż, zebrałam się, poszłam i… z samego rana dostałam wezwanie do pana dyrektora. Może inaczej – kiedyś pisałam Wam o hierarchii u mnie w pracy, więc dyrektor to jest osoba, która jest najwyżej u nas. Wyżej to tylko Pan Bóg, jak to mówiła Adelka. Dyrektor z aktorskim uśmiechem podziękował mi za współpracę „bardzo ubolewając”, że niestety obecnie brak jest możliwości przedłużenia mojej umowy. Również wdzięcznie podziękowałam i poprosiłam o referencje. Na to stwierdzenie pan dyrektor powiedział, że oni takich praktyk nie uwzględniają. Na to ja, że oni owszem, nie, ale firma do której idę na rozmowę bardzo chętnie takowe przeczyta, szczególnie po ostatnim projekcie, który zrobiłam sama, przed czasem i będąc praktycznie na wypowiedzeniu. Dyrektor miał nieco zagadkową minę, ale referencje obiecał przysłać wraz ze świadectwem pracy.
I tak oto, moi drodzy, stałam się osobą bezrobotną… Ale tylko na miesiąc Ale o tym już w kolejnej notce.
  • awatar Blonde Angel: nie wiem czy widzicie tą notkę - u mnie na głównej nie pojawia się :/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Przepraszam że nie pisałam. Dwa tygodnie miałam wyjęte z życia, prawie 40 stopni gorączki… Mam nadzieję, że zakończenie historii dziś (choć może wydawać się przydługo) sprawi, że zapomnicie o przydługim czasie oczekiwania na notkę…

KONIEC CZERWCA.
Projekt oddałam dwa dni przed czasem. Nie pytajcie jakim cudem – sama nie wiem. Ostatnie dni przechodziłam w trybie zombie ale chyba się opłacało, bo Redzia mnie bardzo chwaliła, tak samo jak pani szefowa na zebraniu, aż się zdziwiłam gdy poprosiła żebym wstała i dziękowała za sumienną czasową pracę. Czułam się nieco pewniej, może dlatego że starałam się być 150% bardziej produktywna? Jeśli myślałam, że to wystarczy, żeby utrzymać pracę – o słodka naiwności…
Za radą mamy złożyłam CV. Tak, do pracy, w której wciąż pracowałam. Tak, o pracę na swoim stanowisku. Uznałam, że skoro oni nie potrafią tego rozegrać choćby tydzień wcześniej, żeby poinformować „nie ma pracy, sama wiesz Ada jak jest, rozglądaj się za czymś nowym” czy cokolwiek w tym stylu, to ja im nie podaruję. Jakoś odpowiedzieć muszą prawda? Albo w tą albo w drugą stronę…
Nadszedł w końcu ten czas – krótki bo krótki, ale wytęskniony dwudniowy urlopik. Chciałam się zregenerować po tym zleceniu, więc wzięłam piątek i poniedziałek, żeby zahaczyć o weekend i mieć chwilę dla siebie. Gdy we wtorek przyszłam do pracy, Anka wyraźnie mnie unikała. Miałam wrażenie (oczywiście prawdziwe) że coś wie, chociaż tłumaczyła się, że ją głowa boli i w ogóle chyba będzie chora. Redzi nie widziałam w ogóle, chociaż zwykle w ciągu dnia pracy wpadała chociaż raz, zapytać jak praca. Szefowej podobnież nie było, dlatego każdy chodził „jak chciał”, a i upały dawały wszystkim we znaki. Nie wszędzie była jeszcze zamontowana klima, dlatego kto mógł, chłodził się w sąsiednich pokojach – tych już wyremontowanych. Zaczynałam mieć powoli dość tego dnia – był wtorek, a ja już czułam, że tu nie wytrzymam, dlatego zamiast na lunch, wyszłam do parku. Były tam rozstawione dwie przyczepy – jedna z hot dogami a druga z lodami, więc stwierdziłam, że wezmę hot doga zamiast obiadu i zjem na świeżym powietrzu. Wiedziałam, że z moją robotą jest krucho; od ponad tygodnia rozsyłałam już CV. Teraz też siedziałam na popularnym portalu z ogłoszeniami lokalnymi i szperałam w sekcji „praca”. Nie cieszyło mnie to, widziałam się w tej pracy. Może nie była jakoś szczególnie rozwojowa, ale za to była to fajna, naprawdę dobra i pewna praca, premie i całkiem niezła umowa…
Do końca umowy zostały mi trzy dni. Przepracowałam je w miarę spokojnie, choć o podpisaniu nowej umowy myślałam praktycznie cały czas widząc, że ta opcja oddala się ode mnie z każdą minutą. Nawet Adelka zaczepiła mnie w czwartek, żeby się nie przejmować, bo oni bardzo często podpisują umowy ostatniego dnia, tuż przed upłynięciem czasu. Nie powiem, akurat po niej nie spodziewałam się słów pocieszenia, ale trochę podniosła mnie na duchu. Regina w ogóle za to nie podejmowała tematu i po tym już mogłam stwierdzić, że jutro będę się pakować. Wychodząc z pracy w czwartek, niosłam już siatkę z butami na zmianę, kilkoma pudełkami herbat, talerzykiem oraz drobiazgami typu okulary, które leżały w szufladzie na wszelki wypadek.
W piątek od rana nie było dobrze. Wiedziałam, że odchodzę, więc wcale nie miałam ochoty tam iść. Jednak musiałam, prawda? Więc cóż, zebrałam się, poszłam i… z samego rana dostałam wezwanie do pana dyrektora. Może inaczej – kiedyś pisałam Wam o hierarchii u mnie w pracy, więc dyrektor to jest osoba, która jest najwyżej u nas. Wyżej to tylko Pan Bóg, jak to mówiła Adelka. Dyrektor z aktorskim uśmiechem podziękował mi za współpracę „bardzo ubolewając”, że niestety obecnie brak jest możliwości przedłużenia mojej umowy. Również wdzięcznie podziękowałam i poprosiłam o referencje. Na to stwierdzenie pan dyrektor powiedział, że oni takich praktyk nie uwzględniają. Na to ja, że oni owszem, nie, ale firma do której idę na rozmowę bardzo chętnie takowe przeczyta, szczególnie po ostatnim projekcie, który zrobiłam sama, przed czasem i będąc praktycznie na wypowiedzeniu. Dyrektor miał nieco zagadkową minę, ale referencje obiecał przysłać wraz ze świadectwem pracy.
I tak oto, moi drodzy, stałam się osobą bezrobotną… Ale tylko na miesiąc Ale o tym już w kolejnej notce.
 

 
Przepraszam że nie pisałam. Dwa tygodnie miałam wyjęte z życia, prawie 40 stopni gorączki… Mam nadzieję, że zakończenie historii dziś (choć może wydawać się przydługo) sprawi, że zapomnicie o przydługim czasie oczekiwania na notkę…

KONIEC CZERWCA.
Projekt oddałam dwa dni przed czasem. Nie pytajcie jakim cudem – sama nie wiem. Ostatnie dni przechodziłam w trybie zombie ale chyba się opłacało, bo Redzia mnie bardzo chwaliła, tak samo jak pani szefowa na zebraniu, aż się zdziwiłam gdy poprosiła żebym wstała i dziękowała za sumienną czasową pracę. Czułam się nieco pewniej, może dlatego że starałam się być 150% bardziej produktywna? Jeśli myślałam, że to wystarczy, żeby utrzymać pracę – o słodka naiwności…
Za radą mamy złożyłam CV. Tak, do pracy, w której wciąż pracowałam. Tak, o pracę na swoim stanowisku. Uznałam, że skoro oni nie potrafią tego rozegrać choćby tydzień wcześniej, żeby poinformować „nie ma pracy, sama wiesz Ada jak jest, rozglądaj się za czymś nowym” czy cokolwiek w tym stylu, to ja im nie podaruję. Jakoś odpowiedzieć muszą prawda? Albo w tą albo w drugą stronę…
Nadszedł w końcu ten czas – krótki bo krótki, ale wytęskniony dwudniowy urlopik. Chciałam się zregenerować po tym zleceniu, więc wzięłam piątek i poniedziałek, żeby zahaczyć o weekend i mieć chwilę dla siebie. Gdy we wtorek przyszłam do pracy, Anka wyraźnie mnie unikała. Miałam wrażenie (oczywiście prawdziwe) że coś wie, chociaż tłumaczyła się, że ją głowa boli i w ogóle chyba będzie chora. Redzi nie widziałam w ogóle, chociaż zwykle w ciągu dnia pracy wpadała chociaż raz, zapytać jak praca. Szefowej podobnież nie było, dlatego każdy chodził „jak chciał”, a i upały dawały wszystkim we znaki. Nie wszędzie była jeszcze zamontowana klima, dlatego kto mógł, chłodził się w sąsiednich pokojach – tych już wyremontowanych. Zaczynałam mieć powoli dość tego dnia – był wtorek, a ja już czułam, że tu nie wytrzymam, dlatego zamiast na lunch, wyszłam do parku. Były tam rozstawione dwie przyczepy – jedna z hot dogami a druga z lodami, więc stwierdziłam, że wezmę hot doga zamiast obiadu i zjem na świeżym powietrzu. Wiedziałam, że z moją robotą jest krucho; od ponad tygodnia rozsyłałam już CV. Teraz też siedziałam na popularnym portalu z ogłoszeniami lokalnymi i szperałam w sekcji „praca”. Nie cieszyło mnie to, widziałam się w tej pracy. Może nie była jakoś szczególnie rozwojowa, ale za to była to fajna, naprawdę dobra i pewna praca, premie i całkiem niezła umowa…
Do końca umowy zostały mi trzy dni. Przepracowałam je w miarę spokojnie, choć o podpisaniu nowej umowy myślałam praktycznie cały czas widząc, że ta opcja oddala się ode mnie z każdą minutą. Nawet Adelka zaczepiła mnie w czwartek, żeby się nie przejmować, bo oni bardzo często podpisują umowy ostatniego dnia, tuż przed upłynięciem czasu. Nie powiem, akurat po niej nie spodziewałam się słów pocieszenia, ale trochę podniosła mnie na duchu. Regina w ogóle za to nie podejmowała tematu i po tym już mogłam stwierdzić, że jutro będę się pakować. Wychodząc z pracy w czwartek, niosłam już siatkę z butami na zmianę, kilkoma pudełkami herbat, talerzykiem oraz drobiazgami typu okulary, które leżały w szufladzie na wszelki wypadek.
W piątek od rana nie było dobrze. Wiedziałam, że odchodzę, więc wcale nie miałam ochoty tam iść. Jednak musiałam, prawda? Więc cóż, zebrałam się, poszłam i… z samego rana dostałam wezwanie do pana dyrektora. Może inaczej – kiedyś pisałam Wam o hierarchii u mnie w pracy, więc dyrektor to jest osoba, która jest najwyżej u nas. Wyżej to tylko Pan Bóg, jak to mówiła Adelka. Dyrektor z aktorskim uśmiechem podziękował mi za współpracę „bardzo ubolewając”, że niestety obecnie brak jest możliwości przedłużenia mojej umowy. Również wdzięcznie podziękowałam i poprosiłam o referencje. Na to stwierdzenie pan dyrektor powiedział, że oni takich praktyk nie uwzględniają. Na to ja, że oni owszem, nie, ale firma do której idę na rozmowę bardzo chętnie takowe przeczyta, szczególnie po ostatnim projekcie, który zrobiłam sama, przed czasem i będąc praktycznie na wypowiedzeniu. Dyrektor miał nieco zagadkową minę, ale referencje obiecał przysłać wraz ze świadectwem pracy.
I tak oto, moi drodzy, stałam się osobą bezrobotną… Ale tylko na miesiąc Ale o tym już w kolejnej notce.
 

 
DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ, POŁOWA CZERWCA.
Siedziałyśmy z Betką u mnie na śniadaniu. Przymusowym zresztą bo lada moment mieli włączyć prąd – podobno jakiś nowy sprzęt do cięcia płytek wywalił korki? Czy coś w tym stylu.
- Patrzyłaś po ofertach pracy? - zapytała nagle Beata.
- Nie, dlaczego? - zapytałam, udając zdziwienie. Oficjalnie przecież nic nie wiedziałam…
- A o zwolnionkach w firmie to szanowna koleżanka nie słyszała?
- Nie słyszała! - żachnęłam się, nie mogąc przy okazji wydać Anki, prosiła zresztą o to jakiś czas po naszej rozmowie – Jakie zwolnionka? Po cholerę by nas przyjmowali ledwo rok temu żeby teraz zwolnienia urządzać?
- Chociażby po to żeby się remont zwrócił.
- No rzeczywiście dobry powód! - roześmiałam się – Ty tak poważnie? Skąd masz taką wiedzę?
- Podsłuchuję czasami. - wzruszyła ramionami – Mam pokój obok księgowości. Jak radio nie gra to idzie trochę usłyszeć. Słyszałam jak Sandrę uprzedzali.
- Ale jaja. - patrzyłam z niedowierzaniem. Nie mogłam uwierzyć bardziej w uprzedzanie Sandry czy w podsłuchującą Beatę? Trudno stwierdzić, ale podłoga pomału zaczynała mi się palić pod stopami…
- Zebranie za piętnaście minut w sali obrad! - zawiadomiła jakaś głowa wsunięta do pokoju na dosłownie 5 sekund. Coś się stało?
O tak, stało się. Dowiedziałam się jeszcze przed salą, kiedy to dziewczyny z księgowości zamilkło na mój widok. „Jestem zwolniona, zajebiście” - to była pierwsza moja myśl. Niestety, aż tak łatwo i dobrze to nie było…
Zebranie było o nowym sporym projekcie, który trafił nam się, jak przysłowiowej ślepej kurze ziarno. Trochę wyluzowałam, z chęcią się nawet zgłosiłam do udziału w projekcie bo wydawał się być ciekawy. Zdziwiło mnie tylko, że do projektu od razu nie przydzielono, tylko „kto chętny”… co to, podstawówka? Mnie nie powiem, dosyć zainteresował temat. Będzie trochę pracy ale co z tego? Za obijanie się nikt nie zapłaci. W zleceniu był jednak haczyk – termin na za dwa tygodnie.


PÓŁTORA TYGODNIA PÓŹNIEJ.
Siedziałam właśnie nad projektem. Był typowo excelowski, z tabelkami, wykresami i innymi bajerami. Nie był szczególnie trudny, raczej czasochłonny. Ale podjęłam się to co, ja go nie zrobię? Przytrzymajcie mi kawę! Tymczasem do pokoju wpadła Anka. Nie, może wpadła to złe słowo, ale nie umiem Wam opisać co się stało – huragan to mało.
- Nie uwierzysz, kurwa, nie u-wie-rzysz! - powtarzała w kółko, latając mi od regału do ściany.
- Siadaj i mów a nie powtarzaj, uwierzę dziś we wszystko! - zamknęłam worda i dodałam – Co tym razem? Widziałaś moje wypowiedzenie czy jak?
- Lepiej. Widziałam kto wypowiedzenia NIE DOSTANIE.
- Jakim cudem? Umowę komuś przedłużyli?
- No można tak powiedzieć. Byłam w księgowości po zaświadczenie o zarobkach, wiesz, na ten kredyt. Byłam właśnie z panią Małgosią w tym sąsiednim pokoiku, tym bez okna, pełnym segregatorów. I wyobraź sobie, Sandra przyniosła zwolnienie lekarskie. Jest w ciąży.
- O ja pierdolę.
- Ładnie powiedziane. Na placu boju zostałaś Ty, Beata i Dorota...
  • awatar megi94: Ty to lubisz stopniować napięcie. Ja tu czekam na finał:D
  • awatar Obiezyswiatka: Widoczny jest dla nas, no to nieźle.
  • awatar Blonde Angel: no i po raz kolejny dodany post okazuje się być niewidoczny na blogu. mam nadzieję, że po dodaniu komentarza się to zmieni... pozdrawiam Was ciepło, Ada.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
- A tak wogle, w firmie szykują się zwolnionka. - powiedziała mimochodem Anka, kiedy jadłyśmy w odnowionym już bufecie nasz tzw. "warszawski obiad" czyli lunch.
- Żartujesz? Na ostatnim zebraniu słowem nikt nie pisnął! - zdenerwowałam się.
- Już poczekaj, będą ogłaszać trąbami, tym bardziej że sami nie wiedzą jak to rozegrać. Ludzie mają dłuższe umowy, chcą to zrobić jakoś tak, żeby nie płacić za 3 miesięczny okres wypowiedzenia.
- Anka, a skąd wiesz?
- Skąd wiesz, skąd wiesz. - przedrzeźniała mnie - A co Ci da ta wiedza. Wiem i już. Nie pytaj o takie rzeczy, ja Cię po prostu lojalnie uprzedzam. Jakby coś, orientuj się w terenie i w ogłoszeniach. Ty, Betka, Sandra z księgowości i Dorota, ta nowa z marketingu pracujecie najkrócej. Domyślasz się przecież, że nie wywalą Adelki, bo robi tu już piętnaście lat.
- Co, Adelkę obgadujemy? Co znowu odwaliła? - dołączyła do nas Beata, stawiając swoją tackę z jedzeniem.
- Nic ciekawego, mówimy tylko że może gówno robić a i tak jej nikt nie ruszy. - wzruszyła ramionami Anka - Każdy by tak chciał, nie Ada?
- Pewnie że tak. - czułam się skołowana, ale zauważyłam, że Anka tematu zwolnień z Betką jakoś nie porusza...
- A właśnie, Ada, jak Twoje wyniki? Wszystko ok? - zapytała Beata, a ja, o święta głupoto wszystkich blondynek, zmiłuj się, ucieszyłam się ze zmiany tematu.
- Średnio wypadły. Lekarka każe powtarzać co 3-4 tygodnie. Jak będą się pogarszać, pewnie mnie położą na oddziale, ale bez jaj, nie dopuszczę do tego. Zaczęłam nawet jeść to zielone, no, tą, pietruszkę! Paskudztwo, nienawidzę tego, ale co mogę zrobić, jak mus to mus.
- To fatalnie. - zgodziła się Betka i dodała - Ale te wyniki to chyba dłuższy czas słabe masz no nie?
- Raz jest lepiej raz gorzej. - wzruszyłam ramionami.
- To zupełnie jak ja. - dodała Ania - TSH mi się chwieje jak nad przepaścią od niedoczynności po nadczynność.
- Te Twoje zachwiania to rzeczywiście anormalne są. Chcesz namiar na dobrego endokrynologa? Moja kumpela leczy się już ładnych parę lat u jednej pani doktor. Trudno się dostać, ale podobno to co babeczka robi, to rewelacja. - zaproponowałam.
- Ja się leczę w innym mieście, znajomi polecili mi profesorka mojego. On sam jest w ciężkim szoku jaki przypadek mu się trafił. Mówi, że nie miał takiego ewenementu od jakiś 15 lat.
- Aleś Ty wyjątkowa! - zaśmiała się Beata – Kurna, jak stare babiszcza. Przestańcie o chorobach! Mówcie lepiej, jak wydacie premię wakacyjną! Lada moment będzie na koncie, pytałam Gośki z księgowości!
- Zbieram na wakacje we wrześniu – powiedziałam – Nie będę jak kretyn drugi rok bez żadnych wakacji siedzieć. Jeden dzień urlopu na badania czy długi weekend to nie jest to. Tydzień niczym nieprzerwanego urlopu. Tego mi potrzeba w trybie pilnym.
- Ja tam na wakacje jadę przy końcu czerwca – powiedziała Anka – Tydzień w Krynicy u znajomych ojca. Padnę trupem jak dłużej będę siedzieć w tym remoncie i kurzu. A Ty Becia?
- Ja sobie sprawiam nową garderobę. Wyprzedaże się zaczynają lada moment, potrzebuję trochę letnich ciuchów. A co do wakacji, urocze dwa tygodnie, przełom sierpnia i września mi wystarczą za wsze czasy, a że płaci narzeczony…
- Jakim cudem dostałaś coś w sierpniu?! - moje zdziwienie było monstrualne wręcz. Przecież bezdzietni mieli brać tylko czerwiec lub wrzesień, a Beata nie miała ani dzieci, ani jeszcze nawet męża...
- Bo to tylko cztery dni sierpnia. - wzruszyła ramionami Beata – A reszta wrześniowa, bo pierwszy jest w piątek. Kierowniczka poszła na to bez problemu.
- Zazdroszczę bardzo. - przyznałam szczerze. - Marzy mi się chociaż krótki pobyt nad Bałtykiem. Oddałabym tą premię wakacyjną i tą normalną, wyrobioną, żeby tylko mieć ten urlop. Naprawdę…
Dalsze rozważania przerwał nam koniec obiadówki. Chciał nie chciał, trzeba było wrócić do obowiązków na kolejne kilka godzin, a rozmowa z Anią dała mi nieźle do myślenia...
  • awatar megi94: I jak Ada? Na czym stanęło?
  • awatar Gość: No to nie mieliscie wesolo. Mam nadzieje ze akurat Tobie się udalo i utrzymalas swoj etat... chociaz pisalas o zmianach wiec moze jakis awans albo inny dzial? ;) pozdrawiam!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Kochani,
Przygotowuję dla Was nowe notki. Trochę się u mnie pozmieniało, czy na lepsze, życie pokaże Ale o tym już niedługo W notkach cofniemy się w czasie mniej więcej do maja/czerwca
Pozdrawiam ciepło w ten mglisty dzień, Blondyna
 

 
Na "studniówkę" od poprzedniego wpisu powiem Wam, że od dobrych dwóch tygodni nie mogłam się zalogować. połączenie zerwane albo niezabezpieczone i antywirus mnie "wywalał" na stronę główną, i tak w kółko.
U nas nic nowego, praca-dom i tak w kółko. Wakacje w tym roku odwołano, urlopów też nie dostaniemy... Generalnie wesoło nie jest, doba jest za krótka, obowiązków za dużo. Nie wiem co się porobiło u mnie w firmie, ale odkąd zaczął się ten cały remont, to mam wrażenie że ludziom odwaliło, siedzimy stłoczeni jak sardynki, pracy jakoś więcej niż zwykle a każdy zamiast przysiąść nad swoją częścią to się miota, krzyczy etc.. Ja rozumiem, wiercenia i inne remontowe atrakcje nie są jakoś specjalnie umilające, ale byliśmy uprzedzeni że będzie taka sytuacja. Po co teraz się wściekać i wyżywać na wszystkich dookoła? Przykład? Ostatnio odcięli nam prąd na godzinę. Ludzie zamiast wyluzować, iść na lunch czy nie wiem, do pobliskiego parku (przez tą godzinę byliśmy zwolnieni z świadczenia pracy jako, że pracujemy głównie na komputerach) to siedzieli i się kłócili, że deadline, że cośtam, że głupi budowlańcy... Się zostawiło na ostatnią chwilę to po co pyskować i zwalać na innych, zamiast pomyśleć, że ma się godzinę wolną w środku dnia i można iść na obiad albo chociażby do wspomnianego parku? Myśmy z Beatą i Anką wybyły do bufetu, a potem parku na lody. Dziewczyny były tego samego zdania, że od rozpoczęcia remontu atmosfera w pracy stała się fatalna, a roboty przybywa. Kompletnie nastroje popsuło nam za to zebranie w zeszły piątek kiedy okazało się, że urlopy w sezonie (lipiec/sierpień) dostaną tylko Ci, którzy mają dzieci w wieku szkolnym. Co z tego że premie, że wyższe zarobki, bla bla bla. Ja muszę w końcu wypocząć, tydzień, czy to tak wiele? Firma by się zawaliła? Ludzie jak usłyszeli, tłumnie złożyli wnioski urlopowe o czerwiec. Ja bez Pawła i tak nie mogłam nic ustalić, co mi da urlop jak on nie będzie go mógł wziąć? I tym sposobem, do września czuję się udupiona. Totalnie.
Dziś wydębiłam jeden dzień na badania, chwała, że chociaż to uznali i nie pyskowali, ale dłuższych urlopów - niet i już. Oby chociaż wyniki były lepsze niż ostatnio bo już w ogóle mnie zamordują w domu...
  • awatar Blonde Angel: @gościówa: tak naprawdę, szefostwo też się zdenerwowało bo o brakach w dostawie prądu nie było mowy, wydaje mi się że wygonili nas na tą godzinę żeby "porozmawiać" z szefem ekipy :) nie kazali odpracowywać, zdarza się, że ktoś ma np wizytę u lekarza i wychodzi tą godzinę wcześniej to wiadomo, trzeba odrobić, ale tym razem darowali bo to siła wyższa była, a nie nasze pracownicze widzimisię. @Margaret: kochana również ciepło pozdrawiam, mam nadzieję że domek Wam szybciutko pójdzie i już lada moment się wprowadzicie :) całusy dla Toniego :)
  • awatar Gość: P.s.! pozdrwaiamy ze słonecznego Mazowsza mam nadzieję że u Ciebie też piękny weekend i trochę odpoczniecie, całusy dla cioci od Toniego! :)
  • awatar Gość: ani praca ani życie w remoncie nie jest łatwe, coś o tym wiem, bo siedzę teraz na niby "tarasie" z małym i gaworzymy sobie... niby taras bo to raczej wylewka betonowa która po dokończeniu remontu będzie kiedyś kiedyś naszym tarasem... ale jakby mi ktoś powiedział żeby w tym bałaganie żyć to bym wyśmiała...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Kontuzja barku wróciła. Jestem ledwo żywa. Dzięki Bogu za dobrych ludzi w pracy (a szczególnie za Betkę, Reginę i Anię).
Kontuzja wróciła - a jakże - w pracy. Dokumenty z zeszłego roku, które nie podlegały archiwizacji, zostały przeznaczone do niszczarki. Miałam za zadanie je zebrać po pokojach, sprawdzić, czy się nie zawieruszyło w nich coś ważnego itp... Uzbierał się spory worek... Dźwignęłam, pyknęło i oto powracam, po dzisiejszej wizycie u lekarza. Ze skierowaniem na rehabilitację...
  • awatar megi94: Jak tam słonko żyjesz?
  • awatar Gość: Synek to Antoni, ale mówimy na niego "Toni" tak jak był nazywany mój dziadek przez rodzinę i przyjaciół :) jestem zadowolona bo w jednym imieniu zawarliśmy tradycję i fajne nowoczesne zdrobnienie :)
  • awatar Blonde Angel: @Margaret: Gosia GRATULACJE! Cieszę się bardzo razem z Wami! jak synkowi na imię? kiedy się pojawił na świecie? napisz coś więcej! :) @Kalina_: u nas wszystko w porządku, zabiegani jak zawsze :) a co do barku zmieniłam lekarza i znów odwiedzam rehabilitację, tym razem prywatnie. może to coś pomoże...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
- Pani Adusiu! A pani nadal źle wygląda!- po moim urlopie Adelka jakby nigdy nic wparowała do mojego pokoju w środku dnia. - O, i te cienie pod oczami, no niech pani powie, co pani jest. - patrząc wyczekująco, klapnęła na krześle.
- Dobra, powiem pani. - powiedziałam, odkładając długopis - To wszystko zaczęło się wczoraj... - snułam historyjkę i patrzyłam, jak jej głowa kiwa się w przód i w tył w geście niby-zrozumienia. - Po pracy byłam bardzo zmęczona i żeby poprawić sobie humor, weszłam do drogerii..
- A, tak, tak, to normalne, zakupy...
- No właśnie. Wydałam tam mnóstwo pieniędzy...
- Mąż pewnie niepocieszony! - ta kobieta właśnie dopisywała NA GŁOS całe historie, Chryste, jak ona mi działała na nerwy w tym momencie!
- Nie moja droga pani Adelo. Wydałam mnóstwo pieniędzy na tusz do rzęs, który się osypuje. Stąd te podkówki. - uśmiechnęłam się złośliwie, widząc jej minę - Jakby co, nie polecam pani tuszu firmy R. A teraz przepraszam, muszę dokończyć zlecenie. - odwróciłam się w stronę laptopa.
Szach mat, łajzo. Obyś tu więcej nie przychodziła, bo jak Bozię kocham, wypożyczę jakiegoś pytona czy szczurka i ustawię sobie terrarium z pająkiem prędzej, niż zacznę z Tobą szczerze i miło rozmawiać...
  • awatar Blonde Angel: @Ania: Aniu pinger znów płata figle. z tego co wiem, jak ukaże się pierwszy komentarz, wpis się jakby z automatu robi widoczny na górze. jakby coś, zgłaszaj mi problem pod ostatnim widocznym postem - jak będzie trzeba to sama dodam pierwszy komentarz.
  • awatar Gość: Nie widac nowego postu pisze na gorze ze dodany wczoraj :( da sie z tym cos zrobic?
  • awatar Gość: Adelka pewnie i tak dopisze całą bajkę o tym jak to wydałaś majątek w drogerii, dostałaś opieprz od meżulka i dlatego masz rozmazany tusz :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Tego dnia szłam do pracy jakby na haju. Czułam się niezbyt dobrze, miałam wrażenie, że pomimo przespanej nocy w ogóle nie wypoczęłam. Byłam bez sił, dosłownie wlokłam się noga za nogą.
W pracy tego dnia nie było również najlepiej. Koleżanki z pokoju obok dziwnie się patrzyły. Trudno, wzruszyłam ramionami, może nie wyglądałam najpiękniej w koczku ślimaku, czarnych spodniach i wyciągniętej bawełnianej bluzce, ale chociaż było mi wygodnie. Zabrałam się do pracy; po drugiej kawie można było rzec, że byłam nawet produktywna. Przerwę śniadaniową (którą spędzałam u siebie w pokoju mając w pamięci spojrzenia "koleżanek" przerwał mi jednocześnie telefon z laboratorium i wejście kierowniczki.
Laboratorium - woli wyjaśnienia - mogło dzwonić, bo do badań zmusili mnie rodzice; a że wyniki najczęściej mam drugiego dnia i wysłane na @, więc robię w prywatnym labie, gdzie już mam kartę stałego klienta.
- Pani Ado, czy nie chciałaby mi pani czegoś powiedzieć? - starsza kierowniczka stała nade mną, opierając się o moje biurko. Ale odezwała się dopiero, gdy zakończyłam rozmowę, więc co nieco słyszała...
- Nie wiem, co miałabym pani powiedzieć, pani Redziu (tak mówiłyśmy na panią Reginę) - stwierdziłam zdziwiona - Chyba jedynie to, że wyniki mi źle wyszły...
- Jakie wyniki?
- Badania krwi. Właśnie dzwonili z laboratorium. Chyba lekarz mnie nie ominie...
- Czyli, jak rozumiem, o żadnej ciąży pani nie wie?
- Że o czym przepraszam? - moje oczy były zapewne większe niż spodki pod szklankami z herbatą...
- Podobno jest pani w ciąży. Tak mi sugerowano...
- Domyślam się nawet kto sugerował... Czyżby nasza niezawodna pani Adela?
- Ada, przecież...
- Tak wiem, nic się nie dowiem. Ale jeśli ktoś od miesiąca pyta mnie, czy aby nie przytyłam, a po obiedzie sugeruje ciążę i pyta czy aby nie jestem JUŻ w ciąży to nikt inny mi się nie nasuwa na myśl.
- Robiła takie insynuacje?
- Mam wrażenie, że najchętniej by mnie, za przeproszeniem, strzykawką zapłodniła, żeby tylko poprzeć swoje chore teorie. Dziwna kobieta, ale co ja mogę? - wzruszyłam ramionami - Przecież takie głupie odzywki to nie mobbing. Może po prostu lubi dzieci?
- Zostawmy to, porozmawiam z nią. A jak wyniki?
- Nie za dobrze. Zaraz będą na moim prywatnym mailu, więc, za przyzwoleniem, pozwolę sobie sprawdzić w trakcie przerwy.
- Sprawdź od razu. - kierowniczka naciskała, jakby co najmniej miał tam wyskoczyć komunikat "łykaj kwas foliowy i się oszczędzaj, mamuśko!"...
Po sprawdzeniu oczywiście wyszły mi poprzekraczane wyniki. A poza tym niedobór potasu i magnezu... Czekał mnie ciekawy wieczór z rodzicami i mężem, ale myślami byłam już przy popołudniowym spotkaniu z moją lekarką, którą na pewno te wyniki "ucieszą"...
- Czy Ty się aby nie przemęczasz? - Regina klapnęła w końcu na krześle obok - Zapytam tak prywatnie, co robisz po powrocie z pracy?
- Nic szczególnego. Sportu nie uprawiam, po prostu odstawiłam auto i chodzę do pracy pieszo, no, chyba że leje... Wracam do domu, wstawiam obiad albo podgrzewam gotowca, ogarnę trochę w domu, typu sprzątanie czy prasowanie i tyle. Pooglądam serial, poczytam książkę, z przewagą książki bo serial mi się akurat skończył.... Czasem wyjdę do sklepu czy galerii, albo na kawę z koleżankami jak zjadą do miasta. Normalne życie, bez ekscesów.
- Mąż Ci nie pomaga?
- Mąż? - zaśmiałam się - Męża to ja widzę ostatnimi czasy może 2-3 godziny dziennie. Wiecznie zajęty, wiecznie pracuje i gorąco liczy na awans.
- Czyli cały dom jest na Twojej głowie. A wysypiasz się?
- Śpię po 7, czasem 8 godzin, ale trudno to nazwać wysypianiem. Bardzo źle sypiam, poza tym wstaję już zmęczona.
- Jak dla mnie to masz anemię.
- Ale żelazo mi dobre wyszło! - broniłam się.
- Myślisz, że tylko z braku żelaza jest anemia? Ja będąc po ciąży miałam wzorowe wyniki, a padałam z wyczerpania. Teściowa miała używanie, że domu nie umiem prowadzić, a ja na nic nie miałam siły. Tydzień urlopu, dobrze dobrany zestaw witamin i byłam w stanie zająć się bliźniakami.
- Pani ma bliźniaki?! Podziwiam.
- Nie ma w czym, uwierz mi. Dwa lata najtrudniejsze, potem masz podwójne szczęście. Aby być zdrowym. Daj znać co zaleci Ci lekarz, ok?
- Dobrze. Dzięki, że przyszła pani z tym do mnie a nie od razu wywaliła z roboty.
- Nie powinnam była słuchać plotek. Ale wiesz jak to jest...
- A plotka powtarzana tysiąc razy wydaje się być prawdą... - powiedziałam, gdy za kierowniczką zamykały się drzwi.
~~~~~~~~~~~`
Od 2 tygodni siedzę na zwolnieniu. Łykam witaminki, dobrze się odżywiam, generalnie - leżę i pachnę. Wszyscy chodzą koło mnie na paluszkach.
Tylko na tą wredną francę, znaczy niezrównoważoną moim skromnym zdaniem panią Adelę, nie znalazłam jeszcze odpowiedniej riposty. Przez jej wmawianie ciąży o mało nie przedłużyliby mi umowy, a ogrom plotek przerósł wszystkich (a moje zwolnienie pewnie jeszcze je podsyca). Jedyne co to Beata nie uwierzyła i normalnie zapytała, co mi jest bo źle wyglądam, a starym babom wierzyć nie zamierza. Zresztą, to już prędzej jej by wmówili tą ciążę po tym,jak zwymiotowała na dwa stoły w bufecie bo się struła, ale to już temat na odrębną historię...

Wybaczcie, że jest trochę chaotycznie - jeszcze mnie trzęsie na samo wspomnienie Adelki i jej wymysłów. Poza tym, pinger znów płata figle i nie chce dodawać postów...
  • awatar Blonde Angel: @megi94: żyję! próbuję to Wam napisać od piątku ale ping mi się nie ładował w ogóle.. czuję się już dobrze, dziś był pierwszy dzień w pracy po zwolnieniu. w obcisłej sukience, pragnę dodać ;)
  • awatar megi94: Chyba w każdej pracy taka "życzliwa" się trafia niestety;/ A jak ty się czujesz w ogóle?
  • awatar Gość: Adelke zamordowac, serio! na takich ludzi nie ma wytlumaczenia, w ogóle żadnego usprawiedliwienia. to jak wmawianie cięzkiej choroby czy sianie plotek o rozwodzie. nieważne że ciąza jest pozytywna. tępiłabym małpę do ostatnich chwil w pracy.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Czas akcji: wczoraj wieczór
Miejsce akcji: dom
Bohaterowie: ja, Paweł, Martin (kolega z UK)
Tytuł: Katastrofa

W naszym salonie rozsiedli się Paweł z Martim w towarzystwie piwka, oglądać Igrzyska. Niezbyt zainteresowana tematem, zaszyłam się w kuchni i porządkowałam szafkę z przyprawami. W pewnym momencie jedna ze szklanych buteleczek spadła mi na stopę. Jedyne, co zdołałam z siebie wydusić to "ooo" i usiadłam na podłodze, trzymając się za stopę. Paweł był w kuchni dosłownie w 3 sekundy, usiadł koło mnie i rozmasował nogę. Gdy wrócił przed TV, nawiązał się między chłopakami taki oto dialog:
Marti: Ty, stary, skąd wiedziałeś że jej się coś stało? w życiu bym nie wpadł bo tylko "o" usłyszałem, jedną samogłoskę!
Paweł: A bo widzisz. Są trzy rodzaje katastrof Adki. Pierwsza: "Auć". Oparzy się, walnie albo co, krótki bodziec, nawet tyłka z kanapy nie podnoszę. Druga: "O kurwa", czyli: walnęła małym palcem w nogę od stołu, boli jak cholera ale nie za długo. I poziom trzeci, najgorszy, czyli to jednosylabowe "ooo". Czyli boli jak skurwysyn, trzeba iść, ojojać, głaskać i pomóc.
Marti: Kurwa chłopie, weź napisz poradnik. Każdy facet to kupi!
Paweł: Co Ty, nie da rady. Z innymi to tylko słyszysz: "co się stało, no nic się nie stało, domyśl się o co ten foch!". Jakbym takie teksty słyszał to kurwa, no chyba bym się wtedy powiesił na sznurku od rolety...
  • awatar Blonde Angel: kochani, żyję! po prostu tyle się dzieje, że nie mam praktycznie czasu na neta :) ale niedługo to nadrobię :)
  • awatar Gość: Hej! Wszystko okej?
  • awatar Gość: Sznurek od rolety hitowy ;D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Kontrola w pracy przebiegała w bardzo nerwowej atmosferze. Wszyscy byli w pracy co najmniej 10-15 minut wcześniej i każdy miał nastrój jak, nie przymierzając, na pogrzebie. Nie bardzo rozumiałam o co chodzi i czego się tak strasznie boją. Sama byłam dość spokojna, dokumentację miałam zrobioną na bieżąco; no, może z wyjątkiem kilku papierków, które doniosła mi pani Ela. Położyłam je spokojnie na parapecie i brałam po 1 sztuce na biurko żeby nie pomylić się, co zostało zrobione, a co jeszcze czeka na naniesienie zmian i wklepanie w komputer. Zrobione dokumenty odkładałam na stertę "gotowców" do odebrania przez panią Grażynkę.
Kontrola "naszła" mnie w najmniej spodziewanym momencie, gdy drzwi otworzyły się z takim hukiem, że aż rąbnęły o futryny. Do pokoju wkroczyła pani na niebotycznie wysokich szpilach i w ołówkowej sukience do połowy łydki. Po moim "dzień dobry" i braku odpowiedzi z jej strony spodziewałam się, że może nie być miło, ale awantura, która się rozpętała przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania. A co było powodem? Dokumenty. Które leżą NA PARAPECIE, BEZ TECZEK I KOSZULEK. No jak tak można! Na nic zdały się tłumaczenia, że koszulki i teczki pojawiają się dopiero u Grażyny, u mnie przechodzą "lifting" i muszą być pod ręką.
Zrozumiałam o czym mówiła Beata i niestety, wszystko się sprawdziło Biurokracja biurokracją, ale powiedzcie mi jaki jest sens przenoszenia 5 kartek papieru, każda w oddzielnej koszulce i w osobnej teczce do osoby, która te dokumenty musi wyjąć, zmienić, nanieść ewentualne poprawki czy coś dopisać? I co, z powrotem pakować w koszulki i teczki, żeby Grażyna, sprawdzając te zmiany (czy naniesiono wszystkie, czy są poprawnie, nie ma literówek itp) znowu je wyjmowała? Nie to, żebym się jakoś szczególnie martwiła, nawet moja kierowniczka stwierdziła, że pani kontrolerka z deczka przesadza. No ale cóż, kontrola przeszła, było minęło i żyje się (i pracuje) dalej

Co u Was kochane? jak żyjecie na te upały? Ja dziękuję Bogu za klimę w pracy, bo bez niej byśmy popadali jak muchy a jeszcze moje okna wychodzą na południową stronę...
 

 
Po moim ostatnim wpisie i Waszych licznych komentarzach postanowiłam zrezygnować z chodzenia w japonkach do pracy - tzn. nie tyle z chodzenia w nich do pracy, co noszenia ich w godzinach pracy. Ok - może i nie widać moich nóg jak siedzę za biurkiem (a spędzam tak 99% czasu nie licząc krótkiej przerwy obiadowej i wizyt w toalecie na drugim końcu korytarza); ale uznałam że biuro to biuro - nie wypada i już. Za to wpadłam na genialny pomysł - kupiłam sobie sandałki, które zostawiam w szafce w pracy. A więc wygląda to tak - wchodzę do pracy w japonkach, zostawiam w szafce torebkę i zmieniam buty, a po pracy latam w sandałkach na 2 cm koturence, z zabudowaną piętą - z tych bardziej eleganckich, nie plażowych. I w piątek właśnie w trakcie zmieniania butów zastała mnie młodsza kierowniczka.
(Woli wyjaśnienia: hierarchia u mnie w firmie wygląda tak: pracownicy, nad którymi kontrolę sprawują kierownicy (młodsi i starsi) określonych działów, a nad nimi jest główna szefowa i szef)
- Co pani robi, pani Adusiu? - zapytała zdziwiona widząc dwie pary butów przede mną. Choć do rozpoczęcia pracy zostało mi 5 minut na 200% wiem, że pani kierownik pomyślała, że handluję butami albo przymierzam przyniesione przez kogoś buty żeby je kupić. Co, jak się okazało już w pierwszych dniach mojej pracy, jest niestety częstym procederem u mnie w robocie.
- Zmieniam buty pani kierownik. - wyjaśniłam, zabierając japonki i wrzucając je do szafki.
- Ale po co?
- Bo jakoś plażowe japonki nie pasują mi do pracy w biurze, a po ulicy w taki upał najchętniej bym boso chodziła. Więc wzięłam sobie eleganckie buty tutaj, na zmianę. - wyjaśniłam, sadowiąc się za biurkiem i włączając komputer. Niestety, właśnie w tym momencie weszła jedna z moich współpracownic, która ma pokój naprzeciwko mnie - ubrana była w biało-szary kombinezon z krótkimi spodenkami i japonki.
- Pani Beato, może mi pani wyjaśnić co pani ma na sobie? - zapytała kierowniczka.
- Za chwilę będę mieć na sobie żakiet. - stwierdziła Beata, właściwie nie wiadomo po co; chyba myślała że kierowniczce chodzi o cieniutkie ramiączka.
- Nie chodzi mi o pani odsłonięte ramiona. - głos kierowniczki zdawał się ciąć lód i szyby w oknach - Chodzi mi o pani strój od pasa w dół.
- Pani kierownik, ale jest taki upał... A ja tu na piechotę chodzę! - skarżyła się i tłumaczyła Betka.
- Dla mojej przyjemności może pani latać odrzutowcem jeśli ma pani taki kaprys. To nie plaża tylko biuro, więc jutro proszę, aby pani ubrała się stosownie do okazji. Stosownie, czyli w coś zakrywającego uda chociaż do połowy, w odpowiednie obuwie, nie wykonane z gumy i plastiku i w bluzkę chociażby na grubszych ramiączkach, nie na cieniutkich sznureczkach jak dziś. I jutro przed rozpoczęciem pracy zapraszam panią do mnie do gabinetu, właśnie w tym stosownym stroju. - na tym zakończyło się przemówienie pani kierownik, która zostawiła mi plik papierów do wprowadzenia do systemu i wyszła.
- Ale małpa nie. - Beata usiadła naprzeciwko mnie i chyba chciała ponarzekać - Początkowo myślałam że ona jest taka miła a to szefowa się czepia...
- Szefowa podobno rok temu wyrzuciła stąd stażystkę, która przyszła do pracy w bralecie. - powiedziałam i widząc jej zdziwione spojrzenie dodałam - Nie pytaj skąd wiem, dwa budynki dalej pracuje moja sąsiadka. Sprawa była głośna i odbiła się i na urzędzie pracy i na naszej firmie; pół miasta o tym gadało.
- Ja to mam wrażenie że szefowa ogólnie nie lubi ładnych dziewczyn! Najlepiej by nas w habity zakutała!
- Mnie też trochę przeszkadza ten dress code, ale co zrobisz? Pan każe, sługa musi. Do tego mam wrażenie, że niezależnie od tego czy to facet czy babka, mamy chodzić jak w zegarku szwajcarskim. Przyszłaś do mnie z czymś konkretnym?
- Tak, chciałam pożyczyć kawy jeśli masz. A, no i w poniedziałek od 8 jest podobno kontrola z województwa, to tak wiemy wiesz, nieoficjalnie.
- Kawę mam tylko rozpuszczalną, weź z szafki. A co do kontroli to chyba nie mamy się czego bać.
- Nie mamy? - zaśmiała się Beata - pogadamy w poniedziałek. Ja już przeżyłam jedną kontrolę tej pani. I dobrze Ci radzę, nie odzywaj się nic, bądź jak powietrze. Choć ona będzie mieć minę, jakbyś była nieświeżym powietrzem...
- Będzie aż tak źle?
- Będzie gorzej. Ale nie martw się na zapas. Będzie na to czas w poniedziałek... - powiedziała złowrogo i wyszła, zostawiając mnie z mętlikiem w głowie.
  • awatar Gość: Jak ona mogła w gumowych japonkach do pracy isc... to sie nadaje tylko pod prysznic albo na basen...
  • awatar megi94: Oj u mnie w pracy by się przydało, żeby ktoś się zajął strojem tych królewien, bo jak na nie czasami patrzę to aż mi wstyd za nie... Chociaż akurat to zakrywanie ud, pięt itd, itp teoretycznie nie wynika z tego, że pracodawca jest upierdliwy i się czepia, a są to zasady powszechnie obowiązujące (przynajmniej w teorii:D) chociaż niektóre są koszmarne i nieuwzględniające tego, że nie wszyscy mają klimatyzację, np. u mnie w biurze jest w taką pogodę niemalże sauna;D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Hej! Czy u Was też tak cieplutko? Aż się nie chce do pracy chodzić, najchętniej bym poleżała na plaży
A tak zupełnie poważnie - jakie jest Wasze zdanie w kwestii noszenia krótkich spodenek (tzw. szortów) do pracy? Dżinsowych, materiałowych, ogólnie krótkich spodenek? Dziś u mnie w pokoju rozgorzała dyskusja właśnie na ten temat. Dyskusja przybrała barwy mini awantury, padały tak sprzeczne argumenty że o mało nie było bitwy, na szczęście wpadła szefowa i rozgoniła towarzystwo
Od razu uprzedzam pytania - moje zdanie jest takie, że można nosić krótkie spodenki jak się ma pracę np jako sprzedawca (ubrań, sprzętu, lodów, no czegokolwiek) czy chociażby jako kierowca, kelnerka itd itp. Aczkolwiek moim zdaniem do biura nie pasuje. Wyobrażacie sobie, że wchodzi do was klient w garniturze a Wy jesteście w plażowych szortach w palemki? No, ja też nie... Aczkolwiek dwie panie (na 11) uznały że czemu nie, niech każdy nosi co chce... Czyli że co, sezon bikini w pracy można uznać za rozpoczęty?
  • awatar Gość: spodenki w pracy to przesada. chyba, że są długości 3/4 lub tuż przed kostkę. nawet takie do kolan są nieeleganckie i nie pasują wg mnie do żadnej pracy. chyba że na plażowym deptaku. szanujmy naszycj klientów i nie świećmy im tyłkiem.
  • awatar Blonde Angel: @megi94: ja właśnie też się staram wyglądać stosownie do stanowiska... wiadomo, bez szaleństw że biała bluzka i czarna spódnica ale żeby te uda były zakryte... aczkolwiek dziś do prostej ciemnej sukienki miałam japonki (czarne, ze skórkowymi paskami ale można uznać że plażowe) bo mnie tak starły sandałki że... płaczę normalnie, a mój palec razem ze mną.
  • awatar megi94: Trzeba wiedzieć gdzie się pracuje, jak w sklepie lub np. na produkcji/ hurtowni itd to o ile bhp się się sprzeciwia to proszę bardzo byle cokolwiek te szorty zakrywały, bo raczej idąc do sklepu nie chciałabym oglądać bielizny ekspedientki;) Ale w biurze nie. Swoją droga akurat ostatnio na ten temat pisałam pracę do szkoły:D Ale np. u mnie w biurze to mam wrażenie, że panuje kompletna samowolka, niby wszyscy wiedzą w teorii, że strój elegancki, a tu przychodzi do pracy pani w adidaskach, a następna w bluzie z kapturem. I chyba tylko ja taka głupia jestem, że się męczę w tych szpileczkach, sukienkach, koszulach etc, bo np. moja szefowa ostatnio na służbowe spotkanie poszła w plażowych japonkach:D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Moi drodzy, nie było mnie tu ponad miesiąc. Przez ten czas zdążyłam: znaleźć pracę (mowa o pracy 8h dziennie, w biurze, nie w domu jak dotychczas), rzucić tą pracę po 2 tygodniach, znaleźć nową pracę po 1 dniu siedzenia w domu i... wreszcie jest dobrze Mam pracę, którą lubię i która chyba lubi mnie, bo współpracownicy się dziwią że po niecałych 3 tygodniach pracy idzie mi tak dobrze To jest niestety powód tego, że będzie mnie tu mniej. Nie spodziewałam się że można z przyjemnością rano wstawać i iść na 8 do pracy
Co więcej słychać? A nic nowego. Remont się odwleka przez notoryczny brak czasu, bo oboje mamy go ostatnio jak na lekarstwo.

Dla tych, którym nie chce się czytać całości to mam taki mały P.S. KOCHANI, JEST DOBRZE
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Co u nas słychać? A wiosnę, a za wiosną idą wiosenne porządki
Lada moment czeka nas remont łazienki - po tym, jak nam 3 razy zapchało rurę pod wanną i mieliśmy problemy z niespływającą wodą. Najlepsze było, kiedy zatkało się po mojej kąpieli w Wielką Sobotę wieczorem. Meksyk, mówię Wam, nic innego. Do 1 w nocy była szara rozpacz, następnie wścieklizna, a potem rezygnacja i w rezultacie zamiast siedzieć przy świątecznym śniadaniu mój ojciec z wujkiem Zbyszkiem przepychali wannę...
Po tej akcji to oboje doszliśmy do wniosku, że tą rurę trzeba koniecznie wymienić. Kiedy? A to wielka niewiadoma, jak się zachce panom hydraulikom ze spółdzielni, czyli ćmul-wie-kiedy. Byłam już u nich dwa razy, za każdym razem słyszałam inną wersję - raz, że jakoś po świętach, drugą, że najwcześniej przy końcu kwietnia bo mają mnóstwo roboty. Zapewne skończy się tym że wynajmiemy kogoś prywatnie bo ileż można liczyć na ruletkę przy kąpaniu? Spłynie, nie spłynie, obstawiamy proszę państwa, na czarne i czerwone?...
Przy okazji zastanawiam się, czy wanny nie zamienić na prysznic. Ja - zadeklarowana zwolenniczka kąpieli i wylegiwania się w pianie. Nie wiem czy to dobry pomysł, w każdym razie widzę ile płacimy za wodę i zastanawiam się czasem, czy gdzieś nie cieknie albo ktoś się do nas nie podpiął... Może się okaże przy remoncie że mam trochę racji ale wierzcie mi na słowo - nawet jak cieknie to chyba nie na takie bajońskie sumy... A tak - weźmie się szybki prysznic i koniec imprezy. Trudna ta dorosłość, kwestia wyborów co lubię a co jest lepsze, ale chyba wolę wydać kasę na wycieczkę niż na wodę lejącą się ciurkiem do wanny dzień w dzień
  • awatar Gość: wanna jest super ale my też zmieniliśmy w zeszłym roku na prysznic - tylko mamy taki z głębszym 35 cm brodzikiem. Dla mnie to wygodne (w brodziku jest siedzisko, wiadomo że im dalej w ciążę tym trudniej mi by było się z wanny podnosić a dźwigu zamawiać nie chcemy) i przede wszystkim jak będzie z nami dzieciątko to w głębszym brodziku będzie można je normalnie wykąpać :) o i jest też hydromasaż mówię Ci, a kabina nas kosztowała tylko 1100 zł!
  • awatar Gość: moi rodzice wannę zmienili na prysznic i powiem Ci że naprawdę łatwo się przyzwyczaić a jeszcze jak jest z deszczownicą to prysznic to sama przyjemnośc jest! :o) a i łazienka się powiększa, zawsze to jakiś plus :)
  • awatar Obiezyswiatka: No ja zostawiłam wannę, zazwyczaj korzystam jako szybki prysznic, ale po ciężkim treningu nie ma nic lepszego jak rozłożenie się w wannie.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Kochani, Wesołego Alleluja dla moich kochanych czytelników!

 

 
Blogi, temat rzeka. Jeden jak widzicie piszę, a czytam ich kilkanaście, nie tylko na pingerze. Niezbyt regularnie, bywa, że raz w miesiącu wchodzę na jeden z blogów i nadrabiam 10 notek. Lubię historię opowiadające o życiu - o studiach, o jasnych i ciemnych stronach macierzyństwa, lubię historie "z życia wzięte" czyli różne śmieszne sytuacje czy dialogi. Lubię blogi o włosach, choć to co tam piszą zwykle na mnie nie działa Tu się podpisuję, tam - przeważnie zaznaczam opcję "anonimowy" i podpisuję się swoim imieniem.
A co mnie wkurza? Nie, nie blogerki wstawiające zdjęcia z parku i zarabiające na nich. Nie jakieś tam darmowe prezenty i wycieczki ani stylizacje za "miliony monet". Tych blogów akurat nie czytam
Wkurzają mnie niektórzy czytelnicy-blogerzy. Pal licho, gdy reklamują się u kogoś na blogu przez zostawienie adresu pod każdym komentarzem. Wkurza mnie to że czują się lepsi od zwykłego czytelnika. Zaczynanie komentarzy w stylu "między nami, blogerami..." powoduje, że dalej nie czytam. A już komentarze w stylu "co Ty wiesz o... {tu wstaw: notkach/odpowiadaniu na komentarze/czasie poświęconym na pisanie/robieniu fot do notek} lub komentarz w stylu: "och a tak w ogóle, jest nowa akualka apki na blogspocie/notka u Kazia/cokolwiek, ale ciii nie wydaj Nas " (na zasadzie - och jesteśmy tak elitarni mamy swoje sekreciki, ale cii, aby nie dotarło do reszty plebsu) są przezabawne, a nie fajne. Już Ci blogerzy, których odwiedzam nigdy nie napuszyli się nigdy tak, jak ci czytelnicy-blogerzy I widzę, że próbują tych czytelników hamować np. żartując z blogowania (a nie czyniąc z tego sensu życia), na razie z marnym skutkiem...
To, że piszemy (tak, my - bo chociaż w realu nie wszyscy wiedzą, ja też piszę jak widzicie; i cóż, pod tamtą notką nie wiedzieli...) nie czyni z nas kogoś lepszego, znanego czy coś. Są znane blogerki co zarabiają miliony, no i co z tego? To nie Ty, droga panno ani nie ja. Ale one też nie są lepsze w żadnym stopniu. Co nas wyróżnia? Wszystkich to samo - mamy talent do słów i tyle. Inni mają do malowania, inni do śpiewu, my kochamy pisać i to robimy. Ale stwierdzenie "między nami, blogerami" schowajcie do lamusa, bo nie jest ani zabawne, ani fajne. Jak już, to: "między nami, czytelnikami".

Jak ja się cieszę, że nie jestem ani sławna, ani popularna i mam stałych czytelników - którzy odnoszą się do moich notek, a nie reklamują się i panoszą My, blogerzy możemy trzymać się razem ale trzeba pamiętać o jednym - piszemy nie tylko dla siebie ale i dla wiernych czytelników. Oni są bardzo ważni i to oni sprawiają, że "blogowanie się kręci"
  • awatar Blonde Angel: @Margaret: to gratulacje, cieszę się bardzo! :) zdrowia dla Ciebie i maluszka :)
  • awatar Gość: a gratuluj, ja będę w tym czasie dziękowac ;) będzie nas troje :)
  • awatar Blonde Angel: @Margaret: mnie też błędy bardzo rażą. Gosia, czy to to co myślę? mam gratulować? :D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (12) ›
 

 
Komunie na ten rok w rodzinie odwołano Ksiądz nie dopuścił dwóch uroczych dziewczynek, które chciały uparcie iść rok wcześniej. Powiedział że pomimo dojrzałości na każdego przychodzi odpowiednia pora i pora ta będzie dopiero w trzeciej klasie
  • awatar Blonde Angel: @little-secrets: dlaczego biedne? wymyśliły nie wiadomo po co rok wcześniej, a teraz pójdą normalnie, jak wszyscy ze swoją klasą :)
  • awatar little-secrets: ojoj biedne dziewuszki :)
  • awatar megi94: No i spokój, przynajmniej na rok;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Rozwiązuję krzyżówkę w gazetce z Kauflandu. A, taki tam nieszkodliwy nałóg. Czytam głośno:
- Android na 5 liter...
- SYSTEM! - krzyczy mój mąż.
- Ale ja mam 5 kratek, a system jest na 6.
- To ścieśniaj! - odparł prostolinijnie!

p.s. hasło to był "ROBOT"
  • awatar Mi ki <3: Co dwie głowy to nie jedna:)
  • awatar inspiracjeiwona: ale masz pomocnika;D
  • awatar Gość: ścieśniaj :D tylko z tego ścieśniania by hasło nie wyszło nigdy w życiu ;)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›